To nie żart. Toshiba, jeden z największych producentów pamięci flash wprowadza „korektę produkcji”, która oznaczać będzie ograniczenie produkcji do 70% obecnej. Zgodnie z prawami rynkowymi spadek podaży oznacza wzrost cen, co może znacząco odbić się na portfelach klientów.

Japoński producent tłumaczy swoją decyzję zbyt dużą podażą pamięci flash na rynku. Pamięć tego typu jest obecnie wykorzystywana do produkcji kart pamięci, pendrive’ów oraz dysków SSD. I chociaż ceny tych pierwszych są śmiesznie niskie, to dyski SSD dla wielu osób są jeszcze w sferze marzeń. Pojawia się jednak pytanie, czy obniżenie produkcji jest jedyną możliwością na przywrócenie równowagi rynkowej? Według mnie niekoniecznie.

Wspomniane wcześniej dyski SSD ciągle są bardzo drogie, a ceny HDD nie spadają. Popyt wprawdzie na nowe produkty tego typu jest niski, ale bynajmniej nie jest to spowodowane spadkiem liczby nowych komputerów. Po prostu wiele osób woli przełoży do nowego komputera stary dysk lub w ostateczności kupić używany, niż kupować nowego HDD po kosmicznej cenie. W końcu żonglowanie dyskami jedna będzie musiało się skończyć i klienci będą musieli przepłacić. A gdyby tak obniżyć ceny SSD? Wiele osób powie, że to niemożliwe, ale przy niższych cenach popyt na pamięci flash znów byłby wyższy, a klienci chętniej kupowali by nowe dyski.

Ale czy możemy liczyć na taki scenariusz? Z pewnością nie teraz, gdy Toshiba obcina produkcję o 30%. Prawdopodobnie wraz ze spadkiem produkcji wzrosną ceny wszystkich urządzeń, które korzystają z pamięci flash, czyli dysków SSD, pendrive’ów, kart pamięci, ale także produktów firmy Apple. I chociaż gigant z Cupertino nie musi się martwić, po klientela firmy jest w stanie zapłacić każde pieniądze za nowego iPhone czy MacBooka, tak w wielu branżach znowu może czekać nas zastój.

Źródło informacji: CNET